| Spis treści |
|---|
| Woda na makiecie część I |
| Napełnianie zbiornika |
| Wszystkie strony |
Wszelkiego rodzaju zbiorniki i cieki wodne bez żadnej wątpliwości dodają uroku naszym makietom, ale stanowią nie lada modelarskie wyzwanie. W tekście tym postaram się, zatem opisać zarówno dostępne technologie wytworzenia imitacji wody jak i kwestię aranżacji samej wody oraz jej otoczenia.
Po dokonaniu tego wyboru koniecznie należy udać się „w teren” i znaleźć podobny zbiornik czy ciek. W ostateczności można przestudiować zdjęcia z internetu, choć nic nie zastąpi osobistej obserwacji i wykonania serii zdjęć z interesującymi detalami. Podobnie jak w przypadku innych motywów na makiecie, opieranie się w budowie na ogólnym wyobrażeniu jak coś wygląda daje najczęściej kuriozalne efekty. Zaczynamy więc od spaceru, najlepiej z aparatem fotograficznym. Musimy przede wszystkim zwrócić uwagę na takie szczegóły jak kolory dna, wszelkiego rodzaju podwodne przeszkody i roślinność – wszystko to trzeba będzie przygotować przed napełnieniem zbiornika modelarską wodą.
Najprostsza do wykonania jest rwąca górska rzeka czy potok – widok jakże często spotykany na makietach. Dno w takich ciekach to wyłącznie otoczaki różnego kalibru i gruby piach, roślinności podwodnej nie ma praktycznie wcale a z powodu dużej zmienności poziomu wody brzegi są równie ubogie. Całe koryto jest pokryte tym samym materiałem. Do jego imitacji użyjemy oczywiście drobnego żwiru i piasku, do tego łodyg różnych roślin, naśladujących przywleczone przez wysoką wodę drzewa. Największym problemem wydaje się tu być odtworzenie zawirowań wody.
Spokojniejszy ciek czy zbiornik wody stojącej wymaga jednak bardziej uważnej obserwacji. Poza drobnymi wyjątkami na dnie dominują ciemne barwy naniesionych osadów. Zazwyczaj w rzece jaśniejszy piach występuje tam, gdzie płynie najsilniejszy nurt, choć są i odcinki, gdzie dno jest ciemne, mimo dość silnego prądu wody. Obszary poza nurtem są praktycznie zawsze ciemne. Z roślinności typowo podwodnej rzucają się w oczy dwa rodzaje: wściekle zielona „trawa wodna”, której długie warkocze wiją się w nurcie i dywany ciemnozielonej moczarki, które najczęściej sąsiadują z jasnym piaskiem czy żwirem (rys.1). Znajdziemy też pewnie pojedyncze głazy narzutowe czy zwalone drzewa a miejscami pozostałości po ingerencji człowieka: rzędy palików, regulujących nurt czy nawet wplecioną między nie faszynę.
W mniejszych ciekach, czy rowach dno może być nawet jednolicie ciemne. Podobnie w stawach czy oczkach, gdzie jaśniejsze obszary napotyka się wyjątkowo. Woda stojąca ma zazwyczaj bujniejszą roślinność podwodną jak i wynurzoną niż rzeki. W toni unoszą się kłęby moczarki czy wyraźnie różniącego się od niej kolorem rogatka. Krawędź wody i sam brzeg porastają zaś trzciny i sity. Tu ważny szczegół: w naturalnych, bądź starych sztucznych zbiornikach stojących nie ma wyraźnie widocznego skoku terenu na krawędzi wody. Dno podnosi się łagodnie i płynnie przechodzi w brzeg. Trzeba będzie więc zadbać o odpowiednie odtworzenie tego szczegółu. Ułatwi to trzcina, której pas zaczyna się na głębokości kilkudziesięciu centymetrów a kończy praktycznie na suchym lądzie (rys.2).
W praktyce przygotowanie dna rozpoczyna się od zaszpachlowania wgłębienia. W odpowiednich miejscach nanosimy jakąś imitacji piachu (tu pole do popisu dla inwencji modelarzy), jeżeli mamy do czynienia z czymś w rodzaju plaży, piach musi sięgać oczywiście odpowiednio daleko poza planowaną granicę wody. Ciemne obszary pomalujemy zaś czarną farbą, która również musi sięgać w głąb przyszłego lądu. Koniecznie błyszczącą, bo muł pod wodą a nawet ten na brzegu, ale mający z nią kontakt ma charakterystyczny „tłusty” połysk. Tu jeszcze jedna uwaga – nie przesadzajmy z planowaną głębokością. Centymetr „wody” w popularnych modelarskich wielkościach to przecież głębokość rzędu metra!
Na kłęby podwodnej roślinności świetnie nadają się wszelkiego rodzaju gąbki, luzem i na siatkach, trzeba jedynie dobrać ich kolor. Umieszczamy je oczywiści poniżej planowanego lustra wody, choć czasem rośliny te rozrastają się tak bujnie, że tworzą dywany na powierzchni.
Pewien problem napotkamy przy trzcinach. Jako ich imitację powszechnie stosuje się różnego rodzaju włosie, choćby z pędzli. Trzeba jednak zadbać o zabarwienie go na odpowiedni odcień zieleni, bo połączenie szaro-burej naturalnej barwy włosia z zielenią letniej roślinności jest wyjątkowo rażące. Efekt da wymieszanie szarych i zielonych włókien, które będą imitować trzcinę zieloną - tegoroczną i szaro-brązową - zeszłoroczną. Błędem jest też sadzenie trzciny w kępach – roślinność ta w naturze błyskawicznie się rozrasta, tworząc jednolite dywany na większej powierzchni. „Zasadzenie” dywanu z pojedynczych włosów zamiast kilku kępek jest oczywiście dużo bardziej żmudne, ale ostateczny efekt z pewnością to zrekompensuje. Z kolei niższe i ciemniejsze sity rosną właśnie w kępach, czasami nawet w sporej odległości od brzegu.
Można też pokusić się o zasadzenie niższego od trzcin tataraku o wyraźnie jaśniejszej barwie. Tatarak często tworzy pasy, rosnące wzdłuż brzegu na tej samej głębokości i oddzielające strefę trzcin od otwartej wody. Może jednak samodzielnie porastać brzeg. Świetną jego imitację napotkamy w ofercie firmy Noch pod nazwą „Grass-Flor” – to twarda, ok. centymetrowa „szczecina”, stercząca z podkładu o konsystencji watoliny. Podkład trzeba zabarwić na czarno – po zalaniu „wodą” będzie świetnie imitował przestrzenny gąszcz kłączy tataraku. Efektownie będą też wyglądać grążele, potocznie zwane nenufarami. Ich przygotowanie musi być jednak dwustopniowe, rośliny te posiadają duże podwodne liście, które wraz z łodygami trzeba zalać „wodą” by potem, na powierzchni umieścić liście pływające. Pozostaje umieszczenie zatopionych drzew i gałęzi, też pomalowanych na „czarny połysk”.
Powyższe reguły odnoszą się do większości zbiorników i cieków nizinnych, z dwoma wyjątkami. To popularne „żwirownie” oraz niektóre średnie i duże rzeki, płynące przez tereny piaszczyste, w których to napotkamy na zmętniałą wodę. W zbiornikach pożwirowych dno jest bardzo jasne, jednak praktycznie zawsze woda w nich jest mętna z powodu dużej ilości najdrobniejszego piachu. Ponadto roślinność w żwirowniach jest zazwyczaj bardzo uboga, wyjątkiem są zbiorniki istniejące odpowiednio długo, ale wtedy dno w nich może być już ciemniejsze od organicznych osadów. W rzekach jak np. Bug również napotkamy na mętną z powodu piachu wodę, praktycznie brak podwodnej roślinności i dość jasne dno. To kolejny argument za tym, by połączenie przejrzystej wody i jasnego, piaszczystego dna uznać w naturze za cokolwiek nienaturalne.
Po skomponowaniu dna i brzegów kolejnym etapem jest oczywiście zatopienie naszego zbiornika. W ofercie kilku firm są produkty, które dalej dla uproszczenia będziemy dalej nazywali „wodą”, choć nie brakuje również i własnych pomysłów, wynikających z inwencji modelarzy. Skupię się na trzech rodzajach, z których „własnoręcznie” wypróbowałem tylko jeden, a dwa kolejne miałem okazję dość dokładnie przestudiować i zapoznać się z „technologią” ich tworzenia. Te 3 metody to: bezbarwny klej polimerowy, żywice epoksydowe (potocznie zwane wodą dwuskładnikową) oraz styren („woda jednoskładnikowa”).
Kleje polimerowe charakteryzuje duża przezroczystość i łatwość w postępowaniu, choćby z powodu możliwości dowolnego ich rozcieńczania. Efekt daje jednak tylko i wyłącznie wylewanie kolejnych, bardzo cienkich warstw takiego kleju. Jeżeli taka warstwa będzie zbyt gruba, to część rozpuszczalnika nie będzie mogła odparować na zewnątrz i skorzysta z tworzących się z powodu naturalnego skurczu w masie kleju pustych przestrzeni. Efektem będą bąble, z których tylko części uda się dotrzeć przez gęstniejący klej do powierzchni . Reszta pozostanie wewnątrz, kompletnie psując efekt. Stopień rozcieńczenia i grubość warstwy – czyli ilość wylewanego kleju – trzeba dobrać doświadczalnie. Metoda ta daje dobre efekty, z powodzeniem można zatopić w „wodzie” podwodną roślinność i inne obiekty, jak pnie i gałęzie. Ostatecznie otrzymujemy bardzo spokojną toń, idealną dla bagiennego jeziorka. Jednak w przypadku modelowania wody płynącej, ta spokojna toń może już wyglądać cokolwiek nienaturalnie. Woda z kleju wykazuje jeszcze jedną cechę. Otóż lepiszcze jest nasycone dużą ilością zmiękczaczy (plastyfikatorów) i nigdy nie stwardnieje do końca. Woda z „polimeru” wykazuje więc cechy bardzo gęstej cieczy, jest elastyczna w dotyku i jeżeli przechowujemy gotową makietę (moduł) w pozycji innej niż pozioma, zachodzi efekt przelewania się w dół. Co prawda jest to odwracalne i po zmianie pozycji woda powoli „wraca na miejsce”, może to jednak być denerwujące. Kleje takie praktycznie nie reagują z materiałem, z którego wykonamy dno, zatem o wystrój zbiornika możemy być spokojni. Tanio, ale nie szybko, czyli dla wybitnie cierpliwych.
Żywice epoksydowe, czyli „woda dwuskładnikowa” twardnieją w masie (fachowo: sieciują się), ostatecznie wykazując również właściwości bardzo, ale to bardzo gęstej cieczy. Tak gęstej, że efekt przelewania się można pominąć. Nie reagują (a przynajmniej nie powinny) z dekoracją dna. Firmowe produkty do otrzymywania wody mają też dość dużą „lejność”, co zapobiega tworzeniu się bąbli, przy zachowaniu odpowiedniej staranności, rzecz jasna. Przez odpowiednie dobranie żywicy można także zapobiec skurczowi, który często odrywa „wodę” od dna, wytwarzając mleczną, nieprzezroczystą warstwę. Z punktu widzenia modelarstwa materiały te mają dość istotną wadę – nie są do końca przezroczyste albo nie są bezbarwne. Żywica sieciuje się korzystając z reakcji kondensacji. W jej efekcie zazwyczaj powstaje woda, uwięziona w masie żywicy. Dla jej pochłonięcia do żywic dodaje się więc substancje wiążące wodę i stąd efekt zmętnienia całości, znany chociażby z popularnych klejów epoksydowych, gdzie przezroczyste żywica i utwardzacz dają mętny produkt. Problem ten można rozwiązać, stosując odpowiednie dodatki wiążące, ale konsekwencją zachowania przezroczystości jest zabarwienie. Stąd dwuskładnikowe „wody” są po zastygnięciu zielonkawe bądź niebieskawe – to efekt dodania popularnych „pochłaniaczy” wody czyli bezwodnych soli niklu lub miedzi. Trzeba zatem pamiętać o tym zjawisku, dobierając kolor dna, żeby w ostateczności zwykły rów nie nabrał „adriatyckiego” błękitu. Żywice te są też dość drogie, znacznie droższe od kleju czy styrenu.
Przykłady ze znanych firm to Hekiaqua (Modellbau-Wasser) nr kat. 3550 czy Faller Giessmasse nr kat. F180508. Faller oferuje też jednoskładnikowy „żel”, ale podobno efekty są w jego przypadku kiepskie. Z kolei Valejo ma jednoskładnikową żywicę, tężejącą w kontakcie z powietrzem, ale nie widziałem efektów jej stosowania. Sam producent zastrzega, że jest to imitacja „spokojnej” wody.
Właśnie styren jest oferowany w cenie 3-4 razy niższej pod żywic przez czeską firmę Polak pod nazwą Aquaplastic nr kat 5502. Należy się też obchodzić z nim ostrożnie – jest palny i cokolwiek lotny, wdychanie powoduje różne nieprzyjemne efekty w głowie i gardle!!! Zatem dobrze wietrzymy pracownię. Poważną wadą tej substancji – o czym również dalej – jest duża agresywność chemiczna. Styren rozpuszcza popularny w konstrukcji terenu styropian (czyli spieniony polistyren), wchodzi w zadziwiające nieraz reakcje barwne z materiałami organicznymi i –uwaga !! – atakuje też popularną szpachlówkę akrylową, powodując zmętnienia. W zasadzie jedynym pewnym w kontakcie ze styrenem materiałem, wykorzystywanym na makiecie, jest gips.
Styren ma jednak kilka niezaprzeczalnych zalet. W reakcji polimeryzacji nie powstają żadne inne produkty. Odpowiednio spreparowany ma poprawną „lejność”, niedostrzegalny skurcz, a uwięziony w szczelnym zbiorniku pięknie polimeryzuje, dając niemal całkowicie przezroczysty materiał. Minimalne różnice przezroczystości – efekt chaotycznej w kierunkach reakcji – dają z kolei wrażenie „dynamiki”, ruchu wody. Nie bez powodu napisałem też „odpowiednio spreparowany”, gdyż dla interesującej nas polimeryzacji w masie konieczne są dodatki – stabilizatory i plastyfikatory, o co jednak zadbał już producent.
Tu mała dygresja. Używanie czystego styrenu, jeżeli ktoś wszedłby w jego posiadanie, jest stratą czasu Bez dodatków w trakcie polimeryzacji powstają tak duże wewnętrzne naprężenia, że w polimerze powstają liczne pęknięcia. W efekcie większa objętość polimeru będzie już zdecydowanie matowa.
Po tej dawce teorii czas na ćwiczenia praktyczne. Na warsztat wziąłem niewielką rzeczkę, którą przekracza odtwarzany przeze mnie szlak kolejowy (zdj.1). Ciek ów po jednej stronie nasypu linii płynie dość wartko, prostym korytem. Po drugiej stronie traci na wartkości i rozlewa się szerzej, płynąc przez łąki. Na większości odtwarzanego odcinka nie ma praktycznie żadnej roślinności podwodnej i wynurzonej, pojawiają się one dopiero na odcinku łąkowym. Przygotowałem zatem ciemne dno z wijącą się wstęgą piasku i licznymi zatopionymi przeszkodami. Krawędzie segmentu zabezpieczyłem kilkakrotnie złożoną grubą folią polietylenową, dociśniętą przez deseczkę ściskiem stolarskim.
Pierwsza próba ze styrenem zakończyła się jednak kompletnym blamażem. Po zmieszaniu z inicjatorem polimeryzacji i usunięciu przez powolne mieszanie bąbelków wylałem go w przygotowane koryto i po kilku minutach mogłem obserwować, jak poprzez „wypalone” w podłożu dziury ciecz ucieka, pozostawiając w masie efektowne bąble. Mimo to powierzchnia pozostała gładka!
Do kolejnej próby przygotowałem się już lepiej i wylałem styren do kartonowej „wanny”, uszczelnionej szpachlówką akrylową. Wewnątrz znalazł się cały wystrój dna na bazie barwionego pyłu drzewnego i przeróżnych patyczków, solidnie pokrytych czarną olejną farbą i bezbarwnym lakierem akrylowym w sprayu. W kilku miejscach złośliwa „woda” znalazła sobie jednak drogę przez podłoże. Efektem były bądź ucieczka, zmętnienie w pobliżu dna i bąbelki (zdj.2), bądź zadziwiająca reakcja barwna z jakąś organiczną substancją z pyłu drzewnego, dająca czerwonawe zabarwienie tu i ówdzie. Natomiast pomalowane na czarno farbą olejną patyki ostały się całkiem dobrze. Nie zauważyłem też, by styren atakował popularne modelarskie gąbki czy trawy, wykonane z odpornych poliamidów. Z pozytywnych zjawisk: „woda”, lana z dwóch stron bardzo ładnie wypełniła przestrzeń dla niej zarezerwowaną pod mostkiem (zdj.3). Powstała gładka i równa powierzchnia, choć po dłuższym czasie pojawiły się na niej miejscami charakterystyczne dołki po pękających bąbelkach. Miejscami dno wyglądało naprawdę efektownie, podobnie jak i przeszkody, zarówno te całkowicie zanurzone, jak i częściowo wystające nad wodę (zdj.4). W jednym miejscu złośliwa ciecz znalazła sobie większą dziurę, stąd zaklęśnięcie, które usiłowałem wypełnić pniem powalonego drzewa. Wszystkie czynności ratunkowe były jednak utrudnione z powodu ograniczonym możliwości manewrowania narzędziami, szczególnie w okolicach mostu.
Tworzywo daje się też ciąć, szlifować i nawiercać. Obrabiane powierzchnie stają się mętne, jednak można te zmętnienia usunąć przez szlifowanie i polerowanie. Efekt psuje też menisk, stąd wniosek, że przy swobodnym zatapianiu zbiornika trzeba szczególnie zadbać o zamaskowanie krawędzi wody, bądź przewidzieć miejsce na szlifowanie i polerowanie.
Kiedy w końcu zniszczyłem po raz kolejny moją rzekę i obejrzałem połamane kawałki „wody”, okazało się, że wytworzony polistyren jest znakomicie jednorodny i przezroczysty. Wcześniej jednak – z resztek z opakowania - dokonałem serii odlewów w gipsie, które okazały się bardzo udane i naprowadziły mnie na nową metodę wytwarzania polistyrenowej wody na makiecie. Ale o tym już w następnym odcinku.
Set as favorite
Bookmark
Email This
Hits: 8063



